Niemiecka zbrodnia na "Gruszce"

  • 10.07.2017, 05:00
  • Andrzej Romaniak
Niemiecka zbrodnia na fot. Tadeusz Nabywaniec
W początkach okupacji niemieckiej uciekinierzy z całej Polski, usiłujący przedostać się przez zieloną granicę na Węgry, byli wyłapywani i osadzani w więzieniu w Sanoku. Właśnie mija 77. rocznica rozstrzelania 112 z nich na wzgórzu "Gruszka" w powiecie leskim.

Po wybuchu wojny wojska niemieckie, realizując plan wojny błyskawicznej, już w pierwszym tygodniu września osiągnęły granicę ziemi sanockiej. Atak był prowadzony od południa z terenu Słowacji i od zachodu. W kierunku Sanoka nacierały siły 14 armii niemieckiej (gen. Wilhelm List), a konkretnie 1 Dywizja Górska. Terenu tego broniła armia "Karpaty"; niestety nie udało jej się zatrzymać niemieckiego uderzenia i wkrótce cała Sanocczyzna znalazła się pod okupacją. Niemcy wkroczyli do Sanoka w godzinach wieczornych 9 września 1939 roku.

W tym pierwszym miesiącu okupacji niemieckiej Sanok znalazł się pod zarządem wojskowym, a obszar, na którym leżał, określano roboczo jako "zajęty były polski obszar". We wrześniu dopiero kształtowały się okupacyjne władze cywilne. Stan taki trwał do 12 października 1939 r., kiedy wydano dekret o utworzeniu Generalnego Gubernatorstwa – całkowicie podporządkowanego III Rzeszy dziwnego tworu, będącego rodzajem niemieckiej kolonii. Sanok, wraz z powiatem, został do niego włączony.

Przerzuty "węgierników"
Ze względu na swoje położenie powiat sanocki stał się wkrótce obszarem, przez który prowadziły drogi, którymi ludzie przez Węgry, Jugosławię i Włochy pragnęli dostać się do Francji. Tam urzędowała polska administracja wojskowa i cywilna, tam odtwarzano i tworzono polskie oddziały do dalszej walki z Niemcami.  Po przekształceniu granic wiosną 1939 r. i zajęciu tzw. Rusi Zakarpackiej przez Węgry, Sanok i okolice znalazły się w pobliżu styku trzech granic: polskiej, słowackiej i węgierskiej. Pierwsi "węgiernicy", jak nazywano próbujących przedostać się na Zachód, zaczęli przechodzić granicę na własna rękę. Z czasem przerzuty te otrzymały jakieś ramy organizacyjne, a w pomoc uchodźcom zaangażowała się miejscowa ludność, spośród której rekrutowali się przewodnicy i opiekunowie, udzielający kwater i pomocy. W pomoc "węgiernikom" bardzo zaangażowali się miejscowi księża, właściciele majątków ziemskich, kolejarze i nauczyciele (np. Józef Rec - profesor sanockiego gimnazjum, aresztowany i rozstrzelany na "Gruszce").

W sanockim więzieniu
Największym niebezpieczeństwem dla idących na Węgry, oprócz niesprzyjających warunków terenowych i, szczególnie zimą, pogodowych, byli nacjonaliści ukraińscy, którzy wyspecjalizowali się w wyłapywaniu Polaków i dostarczaniu ich władzom niemieckim.

Złapani byli przewożeni do Sanoka, do siedziby gestapo, i po brutalnym przesłuchaniu umieszczani w miejscowym więzieniu. Ten wzmożony ruch graniczny znalazł też odzwierciedlenie w okresowych sprawozdaniach (grudzień 1939 - lipiec 1940) komendanta powiatowego żandarmerii w Sanoku porucznika Wöhla, w których poczesne miejsce zajmują informacje o przedzieraniu się Polaków na Węgry. W każdym raporcie odnotowane są przypadki ujęcia różnych grup. Aresztowani nazywani są w tych raportach "polskimi legionistami". Akcje przeprowadzane przez Niemców przy współudziale ukraińskich nacjonalistów przynosiły efekty. Obrazuje to stan aresztantów w sanockim więzieniu. W marcu osadzonych tu było ok. 320 osób, a już w raporcie z 18 maja 1940 r. pada liczba 619 osób. Jak przyznawali sami Niemcy, liczba ta znacznie przekraczała dopuszczalną normę. Wśród aresztowanych byli: prawnicy, lekarze, zawodowi żołnierze, uczniowie gimnazjum, ale również rzemieślnicy czy robotnicy. Nie można nie wspomnieć o aresztowanym, przy próbie przejścia granicy, Łukaszu Cieplińskim - późniejszym prezesie IV Zarządu Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość" (zamordowany przez komunistów w więzieniu mokotowskim w Warszawie 1 marca 1951 r.), któremu w maju 1940 r. udało się zbiec podczas pracy wykonywanej poza więzieniem. Był on aresztowany pod fałszywym nazwiskiem Jan Pawlita.

Zachował się też gryps wysłany z sanockiego więzienia przez Kazimierza Bielnickiego (rozstrzelanego na "Gruszce"), w którym pisał m.in.: "[...] Byłem już przesłuchiwany. Powiedziałem, że szedłem za granicę do wojska, aby nie siedzieć tu w obozie jeńców, ponieważ będąc powołany do wojska, nie mogłem dotrzeć do swego oddziału. Wróciłem do domu po cywilnemu, nie mając nic wspólnego z działaniami wojennymi. Nie wypuszczą mnie stąd. Listy mogę pisać tylko raz na miesiąc. Czekam listów z domu [...]".

Sąd i wyrok
Pod koniec czerwca 1940 r. w budynku sądu w Sanoku (oddzielonym od gmachu więzienia tylko podwórzem) sędziowie sądu doraźnego z Rzeszowa przeprowadzili pseudorozprawy, podczas których padało pytanie, czy aresztowani szli na Węgry do polskich legionów. Niezależnie od odpowiedzi, rozprawy szybko zamykano, a oskarżonych odprowadzano do cel. Po kilku dniach - 5 lipca wieczorem - zaczęto wyprowadzać więźniów po raz drugi do sąsiedniego gmachu sądu, gdzie sędzia sądu doraźnego odczytywał każdemu z więźniów wyroki śmierci z informacją, że gubernator generalny Hans Frank nie skorzystał z prawa łaski. Tamte tragiczne dni tak zapamiętał ówczesny strażnik więzienny, a zarazem członek ruchu oporu Nestor Kiszka:
"W godzinach wieczornych gestapowcy i żandarmeria utworzyli szpaler, przez który przeprowadzono więźniów do budynku sądowego, gdzie odczytywano im wyroki śmierci. Po odczytaniu wyroku więźniów odprowadzano do celi przejściowej - celi śmierci. Od tej chwili było oczywiste, że ludzie ci zostaną rozstrzelani. We wczesnych godzinach porannych więźniów zebrano na podwórzu więziennym, skąd pod eskortą, przeprowadzono ich do podstawionych samochodów. Więźniowie stawiali opór. Pani Górska – żona kapitana z 2 PSP znieważała gestapowców, nazywając ich niemieckimi świniami, a także opluwała. Krzyczała, że mimo zbrodni, które popełniają i tak nie zwyciężą. Pierwsi skazańcy szli obok siebie, następnych skuwano dwójkami w obawie przed ewentualnymi ucieczkami, ponieważ w pierwszym transporcie doszło podobno do ucieczki jednego ze skazańców. Transportów było trzy. Ostatni wyjechał z więzienia o godz. 6 z minutami".

Egzekucja
Do transportu użyto czterech samochodów ciężarowych krytych plandekami. Skazanych wywoływano kolejno i doprowadzano do samochodów, sadzając ich po dwóch, tyłem do siebie, na poprzecznych ławeczkach. W każdej ciężarówce byli uzbrojeni konwojenci. Końcowym etapem transportu było wzgórze "Gruszka". Na wzgórzu był już wykopany ogromny dół. Po rozstrzelaniu więźniów z jednego transportu samochody wracały po kolejną grupę. W oficjalnym sprawozdaniu okresowym komendanta żandarmerii sanockiej znajduje się informacja, że 5 lipca w sądzie grodzkim w Sanoku sąd doraźny z Rzeszowa wydał 113 wyroków śmierci i że wyroki te tej samej nocy zostały wykonane przez oddział żołnierzy z 45 batalionu policyjnego z Rzeszowa. Natomiast w zachowanej w sanockim Archiwum Państwowym "Księdze więźniów więzienia karno-śledczego w Sanoku", przy nazwiskach rozstrzelanych odnotowano, że wszyscy popełnili samobójstwo.

W rzeczywistości wykonano 112 wyroków, bo podczas pierwszego transportu udało się zbiec jednemu z więźniów. Był to Jan Schaller, który wyskoczył z ciężarówki w okolicach Zahutynia i mimo ostrzału zdołał szczęśliwie uciec.

Wkrótce po egzekucji na miejscu zjawiło się dwóch mieszkańców Tarnawy Górnej, którzy podjęli próbę odkopania mogiły. Odnaleźli tylko ciało Leokadii Górskiej – żony kapitana 2. PSP z Sanoka. Dalsze poszukiwania przerwało pojawienie się policyjnych psów i niemieckich żołnierzy.

Zwłoki pomordowanych zostały po zakończeniu działań wojennych ekshumowane i złożone w zbiorowej mogile na Cmentarzu Centralnym przy ul. Rymanowskiej w Sanoku.

Ile osób rozstrzelano?
Istnieją jednak pewne rozbieżności co do liczby rozstrzelanych na "Gruszce". W "Roczniku Sanockim" z 1967 r. zamieszczony jest artykuł Mieczysław Przystasza "Powiat sanocki w latach 1939–1947", gdzie w opublikowanym załączniku wymienionych jest 118  nazwisk rozstrzelanych tam osób (włącznie z Janem Schallerem, któremu udało się zbiec), na tablicy informacyjnej umieszczonej na mogile widnieje liczba 115, a obecnie w publikacjach przyjmuje się jako wiarygodną liczbę 112 zamordowanych i tyle nazwisk wyryto na pamiątkowych tablicach umieszczonych na mogile.

Andrzej Romaniak
Podziel się:
Oceń:
 

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe