Przygody w Australii i Oceanii

  • 7.08.2017, 08:00 (aktualizacja 03.08.2017 15:32)
  • Krzysztof Lubomski
Przygody w Australii i Oceanii fot. archiwum Ł. Łagożny
Trzy tygodnie podróży, 50 godzin lotów samolotami, ponad 42 tysiące kilometrów – tak w liczbach przedstawia się wyprawa Łukasza Łagożnego do Australii i Oceanii. Podczas niej zdobył Górę Kościuszki i Piramidę Carstensza, następne dwa szczyty do Korony Ziemi. Przed sanoczaninem jeszcze Dach Świata i Masyw Vinsona.

– Całą wyprawę byłem praktycznie sam, z wyjątkiem pobytu na Bali i Papui  – relacjonuje podróżnik. – Przed wyjazdem obawiałem się, jak to może być. Australię zwiedziłem samotnie z wyjątkiem noclegu u kolegi. Jak liczyłem, w liniach prostych zrobiłem 42 tys. km. Kilkanaście lotów samolotami, mnóstwo czasu spędzonego w powietrzu i na lotniskach. Tyle jeszcze nie latałem. Przeliczałem godziny spędzone w samolocie i wyszło mi ich ponad 50. Jedna wielka przygoda.

Łukasz wyruszył z lotniska w Koszycach. Stamtąd miał lot do Istambułu, skąd innym połączeniem udał się do Kuala Lumpur w Malezji i wreszcie do Melbourne. Tak było po prostu taniej. Sam bilet lotniczy bezpośrednio do Australii i powrotny kosztuje około 4,5 tys. zł. Łukasz na wszystkie loty (czyli też te na wyspy Oceanii) wydał 4,2 tys. zł. Idąc po najmniejszej linii oporu, zapłaciłby nawet do 6 tys. zł.

 
Problemy z wizą

 

– Nie wiem, jak mi to umknęło, ale nie dopatrzyłem, że potrzebuję wizy, by przebywać na terenie Australii  – przyznaje. – Na lotnisku w Kuala Lumpur podszedłem do odprawy i spytano się mnie o wizę. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że Polacy potrzebują takiego dokumentu, by odwiedzić Australię.

Do okienka pomocy była tak duża kolejka, że Łukasz wolał zadzwonić do znajomego i spytać się, jak może uzyskać wizę. Okazało się, że można to zrobić on-line. Podróżnik sprawdził na stronie internetowej, że na uzyskanie dokumentów czeka się od kilku godzin do pięciu dni. Była druga w nocy czasu australijskiego. Dłuższa zwłoka mogła skomplikować sytuację Łukasza i zmusić go do modyfikacji planu podróży.

Formularz o dokumenty można było wypełnić za pośrednictwem internetu. Procedura trwała 45 minut. Nie minęła minuta od wysłania formularza i przyszedł mail zwrotny z potwierdzeniem wysłania oraz wiadomość, że podanie zostało przyjęte. W załączniku zamieszczono dokument w wersji elektronicznej.

Do odlotu Łukasz miał jeszcze około godziny. Już rozpoczęło się wejście na pokład. Bez kolejki przeszedł na kontrolę i zdążył w ostatniej chwili.

 
Drzemka w tramwaju

 

Kiedy przyjechał do Australii, zaczęły go męczyć zmiany czasu. Różnica pomiędzy strefą obowiązującą w Polsce a w Australii wynosi 8 godzin. Wyleciał w poniedziałek, a w Melbourne był w czwartek rano.

W Melbourne kursuje darmowy tramwaj, który okrąża centrum miasta. W pewnym momencie motorniczy zajeżdżał w zaułek i zmieniał kierunek jazdy. Łukasz zasnął podczas podróży tym pojazdem. Myślał, że zdrzemnął się dosłownie na minutkę. Jakie było jego zdziwienie, kiedy po obudzeniu się spostrzegł innego motorniczego i zorientował się, że zmienił się też kierunek jazdy. Okazało się, że spał około pół godziny. Wysiadł z tramwaju i kontynuował wypoczynek na ławce w parku. Tłumaczy, że nie bał się, że zostanie okradziony.

– Trzeba wybierać miejsca, które są ogólnie dostępne i znajduje się w nich dużo ludzi – mówi. – Plecak zakładam za rękę, dokumenty zawsze noszę blisko ciała w saszetce. Nie wolno kusić losu. Jeżeli masz do wyboru dwie uliczki i w jednej znajduje się mnóstwo ludzi, a druga jest nieoświetlona, to nie ma się tam co samemu pchać.

 
Ruch lewostronny

 

Następnego dnia pożyczył samochód i wyruszył w stronę Góry Kościuszki.

– Kierownica z prawej strony – wspomina.  – Godziny szczytu. Jak dojeżdżałem do skrzyżowania patrzyłem w ciężkim szoku, w którą stronę się władować, żeby nie pojechać pod prąd. Gdy dojeżdżałem do ronda, też potrzebowałem chwili namysłu, żeby pojechać w przeciwną stronę niż tę, do której jestem przyzwyczajony. Nad jednym odruchem nie byłem w stanie zapanować i śmiałem się z siebie do końca wizyty w Australii. Zawsze jak wsiadałem, to szukałem pasa z przeciwnej strony, niż się znajdował. Mnóstwo razy chciałem wsiąść za kółko od strony pasażera. To są już automatyzmy, których ciężko się oduczyć.

Samo wypożyczenie samochodu nie było drogie – 231 dolarów za kilka dni, ale jego ubezpieczenie kosztowało 10 razy tyle. Łukasz nie skorzystał z tego i musiał podpisać zobowiązanie, że w razie stłuczki czy jakiegokolwiek uszkodzenia pojazdu będzie musiał zapłacić z własnej kieszenie przynajmniej 4 tys. dolarów.

Miał małą przygodę, w wyniku której oderwały się śruby z nadkola. Plastik pod wpływem oporu powietrza dotykał do koła i trochę się go pourywało. Wziął śrubokręt, scyzoryk, wykręcił wkręty z innych kół i poskręcał prowizorycznie uszkodzone koło. Po krótkiej jeździe wyrwało zamocowane naprędce wkręty. Dlatego Łukasz użył elektrycznych pasków do wkręcania. Zajechał na pustkowie i najpierw zbadał, czy w pobliżu nie czai się aby jakiś pies dingo. Podobno jeśli ten drapieżnik zaatakuje, nie odstąpi i może nawet zagryźć człowieka.

 

Więcej w 31 wydaniu Korso Gazety Sanockiej.

Krzysztof Lubomski
Podziel się:
Oceń:
  • TAGI:

 

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe