W drodze do Płaczącej Madonny z Niżankowic

  • 22.11.2017, 06:00 (aktualizacja 19.11.2017 07:22)
  • Uczestniczka
W drodze do Płaczącej Madonny z Niżankowic Fot. nadesłane
To już dwudziesty ósmy raz – relacjonuje p. Zdzisława Kraczkowska - jak z jej inicjatywy na prośbę Władysławy Wójcik, świadka "cudu łez", zarząd i członkowie Terenowego Oddziału Towarzystwa "Salutaris" w Sanoku zorganizowali pielgrzymko-wycieczkę do Niżankowic na Ukrainę.

Takie wyjazdy organizujemy od dziesięciu lat, od kiedy rozeszła się wiadomość, że w kościele w Niżankowicach "zapłakała" Maryja. Często zdarza się, że wśród uczestników z Sanoka i okolic zabierają się także mieszkańcy naszego miasta, którzy byli świadkami "cudu łez" w 2005 r.

- Pielgrzymujemy w miesiącach maryjnych: maju, sierpniu i październiku. W grupie, która liczyła ponad 40 osób, byli pielgrzymi, którzy prawie zawsze jadą, ale tym razem zabrali się i tacy, którzy po raz pierwszy chcieli zobaczyć to miejsce pomimo niedomagań zdrowotnych czy niedogodności związanych z przejściem na granicy – dodaje Helenka Rojek, której nie straszny jest trud pielgrzymowania.

Opuściła tylko kilka wyjazdów, ale towarzyszyła podróżującym sercem i duchem.

Do Płaczącej Madonny wyruszyliśmy w sobotę rano, 14 października, aby w Niżankowicach, w Sanktuarium NMP, Matki Bożej Opatrzności dziękować Bogu i Maryi za błogosławieństwo i wszystkie łaski, których na co dzień doświadczamy. W tym dniu czekał na nas ks. Andrzej Rogoz, obecny kustosz i proboszcz tej maleńkiej parafii obrządku rzymsko-katolickiego. We mszy św., jak to zawsze bywało, nie uczestniczyła p. Janina Zielińska, najstarsza parafianka, świadek łez Maryi, ponieważ po długiej zimie zapadła na zdrowiu i wyjechała do córki, która mieszka w Odessie. Tego dnia łączyła się z nami

duchowo i telefonicznie, rozmawiała z ks. Andrzejem i p. Helenką. Cieszyła się, że przyjechaliśmy, wszystkich pozdrawiała i pozostała w nadziei, że się jeszcze z nami spotka. Po mszy św. pielgrzymi zostali ugoszczeni przez miejscowego proboszcza herbatą, kawą i ciasteczkami. Był czas na rozmowy, wspomnienia i podziękowanie księdzu kustoszowi za posługę w tej parafii, życzliwość dla grup pielgrzymkowych i turystów przybywających z Polski.

Niżankowice to miejscowość, która leży po wschodniej stronie granicy polsko-ukraińskiej. Przed wojną należała do Polski. Dojazd tam graniczy niemal z cudem. Dziury i zły stan nawierzchni na ok. 30-kilometrowej drodze i mostach od przejścia granicznego mogłyby odstraszyć niejednego kierowcę. Miłość do Maryi jest jednak silniejsza i ludzie wciąż przyjeżdżają do tego sanktuarium. Dziurawa droga i remontowany dość długo most na rzece Wiar (która przepływa przez Kalwarię Pacławską, a z mostu widać kalwaryjski klasztor), nie była chyba najgorszym przeżyciem dla tych, którzy podróżowali tutaj

pierwszy raz. Na długo dla wszystkich pielgrzymów pozostaną w pamięci widoki nędzy, biedy i ubóstwa przydrożnych wiosek i zniszczone, wymarłe miasteczka; Chyrów i Dobromil. To tu w okolicy Dobromila, Salinie-Lacku, jak wspominał ks. kustosz, który zabrał się z nami w drogę powrotną, znajduje się miejsce strasznej zbrodni, której dokonało w czerwcu 1941 roku NKWD na więźniach w kopalni soli. W dużej części byli to Polacy z więzienia w Przemyślu, ewakuowani przez oprawców przed zajęciem miasta przez Niemców. Ofiarami byli ludzie różnych profesji i zawodów. W czasie okupacji w

przemyskim więzieniu przetrzymywano przedstawicieli przedwojennej elity, np. nauczycieli czy pedagogów, którzy dla sowieckiej władzy stanowili potencjalne zagrożenie. Do więzień trafiali za działalność konspiracyjną, np. za posiadanie radia. Każdy powód był dobry, żeby oskarżyć, np. o szpiegostwo, choć nie było żadnych dowodów. Dla NKWD – dodaje ks. Andrzej, każdy sposób był dobry, żeby pozbyć się zdrowo myślących Polaków. Część ofiar mordowano uderzeniem w głowę ciężkim młotem i wrzucano do szybu nieczynnej kopalni soli w Lacku koło Dobromila. Zamordowano w ten

sposób co najmniej tysiąc osób. Część z nich jeszcze żyła, kiedy wrzucono je do szybu, umierały w straszliwych męczarniach. Wydarzenia były zatajone, o mordach w "Salinie" nie wolno było mówić. Z czasem, po wojnie na terenie kopalni powstało sanatorium dla chorych na gruźlicę oraz ośrodek wypoczynkowy. Historią tego wydarzenia zainteresował się też ks. Jacek Waligóra, były proboszcz w Niżankowicach, który opisał to w książce "Zapomniana zbrodnia". Wydarzenia badał także rzeszowski IPN. Dzisiaj to miejsce kaźni jest uporządkowane i stoi tam pomnik ku czci tych bestialsko pomordowanych ofiar. W każdą rocznicę zbrodni mieszkańcy Ukrainy pamiętają o swoich zamordowanych rodakach, przyjeżdżają tu także Polacy i Żydzi.

Pogoda w tym dniu sprzyjała naszemu wędrowaniu. Podjechaliśmy autokarem pod bramę, a stamtąd wyruszyliśmy na miejsce pamięci, odmawiając różaniec w intencji tych, którzy tu spoczywają, oddając życie w okrutnych męczarniach. Nasza modlitwa i trud w tym miejscu były kontynuacją "Różańca do Granic". Gdy dotarliśmy na miejsce upamiętnienia ofiar, gdzie stoi pomnik i ołtarz, przy zapalonych zniczach i złożonych kwiatach odmówiliśmy Koronkę do Bożego Miłosierdzia, polecając dusze ofiar Polaków, Ukraińców i Żydów. W ten sposób chcieliśmy oddać hołd wszystkim ofiarom sowieckich zbrodni w przeddzień uroczystości Wszystkich Świętych i Odzyskania Niepodległości.

 

Uczestniczka
Podziel się:
Oceń:
  • TAGI:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe