Ekolog-gimnastyk

  • 16.02.2017, 05:02 (aktualizacja 17.02.2017 06:53)
  • Krzysztof Lubomski
Ekolog-gimnastyk fot. Krzysztof Lubomski
Mirosława Kaźmierczaka w naszej okolicy zna prawie każdy. Zamiłowany ekolog i trener gimnastyków UKS „Spartanie” Zahutyń dał się też poznać szerzej dzięki występom w „Mam talent”, teledysku rapera Mezo czy filmowym reportażom. Rowerem przemierza Sanok i jego okolice, zbierając surowce wtórne, z których sprzedaży utrzymuje klub.

Do naszego plebiscytu zgłosił go jego syn Radosław, ceniony fotograf. Miro mówi, że sam nie garnie się specjalnie do mediów, ale nie zwykł też odmawiać, dlatego zgodził się wziąć udział w konkursie.

Gastroskopia śmietnika
Można go spotkać każdego poranka, gdy jedzie rowerem z przyczepką. Zazwyczaj ma na sobie odblaskową kamizelkę. Zbiera i segreguje śmieci, żeby zdobywać dodatkowe pieniądze dla Sportowego Klubu Uczniowskiego „Sparatanie”. Od wielu lat nie miał „urlopu” w, jak to określa, poszukiwaniu skarbów. Wolne ma tylko niedziele i święta.

Kiedy kilkanaście lat temu Miro zaczął swoje wyprawy po surowce wtórne, jego samego i jego dzieci spotkała masa przykrości. Naśmiewano się, że jest dziwakiem. Z biegiem czasu przyzwyczajono się do tego, że przy wyrzucaniu śmieci do kontenera można natknąć się na „Spartana” dokonującego „gastroskopii śmietnika”, jak sam określa tę czynność.

Nie robi tego wyłącznie w celu dofinansowania klubu. Równie ważne jest dla niego to, że przyczynia się w ten sposób do ochrony przyrody.

– Szacunek i miłość dla wszystkiego co żywe jest dla mnie czymś naturalnym – mówi. – Może dlatego, że od najmłodszych lat miałem bliski kontakt z przyrodą. Wychowywałem się w zupełnie innych warunkach niż są teraz. Chadzałem boso, nie bałem się zgubić w lesie, lubiłem zanurzyć się w trawie na łące. Ciekawił mnie malutki robaczek i smukły jeleń, dojrzewający pąk kwiatu i rozłożysty stary dąb. Czuję, że to wszystko jest ważne i że sam jestem tego częścią.

Zielone serce

Za swoje zasługi na rzecz ochrony przyrody został uhonorowany orderem "Zielonego Serca". Od kilku lat jest edukatorem w Centrum Edukacji Ekologicznej, które mieści się w świetlicy w Zasławiu. Kiedyś przyniósł dzieciom patyczaki w misce. Myślały, że to były zwykłe patyki. Jakie było ich zdziwienie i fascynacja, gdy te "patyki" zaczęły się poruszać. Lubi też zabierać dzieci na wycieczki. Uczy je odkrywać cieki wodne. Gdy któreś znajdzie nowe źródełko, zachęca, żeby nadało mu nazwę.

– Tylko kiedy dziecko zadzierzgnie emocjonalną więź z przyrodą, będzie ją szczerze chronić – podkreśla Miro. – Boli mnie, kiedy widzę stosy śmieci w lesie czy detergenty wylewane do rzeki. Stąd właśnie moja dbałość o segregację surowców wtórnych i rozsądnego korzystania z dóbr cywilizacji – dobrze dwa razy się zastanów, zanim coś wyrzucisz. Niestety, dość szybko uświadomiłem sobie, że mało kto rozumie i podziela moją troskę. A przecież o naturę trzeba dbać! Jeżeli będziemy wykorzystywać przyrodę bez umiaru i rozsądku, co zostawimy swoim dzieciom? Zrozumiałem, jak wielką siłę ma ludzkie przyzwyczajenie. Dawniej wszystko, co się ruszało, to kamieniami prali i jedli. I nikt się nad konsekwencjami nie zastanawiał. Odkryłem, że jest tylko jedna droga do poprawy – wpajanie prawidłowych nawyków od małego. Dlatego zająłem się edukacją dzieci.

Miro bierze udział w różnych programach ekologicznych m.in. w ogólnopolskim projekcie edukacyjnym "Bodzio". Polega on na inwentaryzacji gniazd bocianich. W tym celu ekolog chodzi w miejsca, gdzie są gniazda, i liczy młode. Pyta się też ludzi, czy nie widzieli czasem wyrzuconego jaja. Przez kilkanaście lat uczestnictwa w programie doliczył się około 290 młodych bocianów zdolnych do lotu na terenie gminy Zagórz.

Prawdziwy "Spartan"

Mirosław Kaźmierczak urodził się 64 lata temu w Cieplicach Śląskich. Później jego rodzina przeprowadziła się do Kalisza. Gdy rodzice się rozwiedli, zamieszkał z matką, babką, prababką i siostrą w Zahutyniu. Miał wtedy 9 lat.

– Mieszkałem w chałupie krytej strzechą – jeszcze z rodzaju tych, które były połączone ze stajnią –  wspomina Miro. – Lekko nie było. Wcześnie musiałem nauczyć się walczyć o przeżycie. Mieliśmy pół hektara pola i zwierzęta. Trzeba było przy tym robić. Nie mieliśmy konia ani młocarni, więc musieliśmy pożyczać od sąsiadów. Głód często zaglądał nam w oczy. Nie było czym palić w piecu. Zimą kuliłem się od mrozu. W pokoju temperatura nieraz spadała poniżej zera.

Trudności nie załamywały Mira – przeciwnie, sprawiały, że z pokonaniem każdej przeszkody stawał się silniejszy.

Był drobnej postury, więc dostawał "bęcki" od rówieśników. Stało się to dla niego motywacją do nabrania tężyzny. Starszy brat, który mieszkał w Kaliszu z ojcem, chodził do klubu gimnastycznego. Mirek chciał pójść w jego ślady, ale wtedy, czyli w latach 60. i 70. XX wieku, w Sanoku nie było miejsca, gdzie mógłby trenować tę dyscyplinę. Dlatego plac do ćwiczeń urządził sobie w ogrodzie.

– Gdy brat przyjeżdżał w odwiedziny, pokazywał mi nowe ćwiczenia – tłumaczy. – Nigdy nie pozostawał na dłużej, więc trenowałem sam. Kiedy wracał, sprawdzał, co udało mi się "załapać". To nie były jakieś skomplikowany rzeczy, raczej gimnastyka zdrowotna, ogólnorozwojowa.

Gimnastyka nie była jedynym sportem, który zainteresował Mira.

– Przeczytałem w czasopiśmie, które się nazywało – o ile mnie pamięć nie myli – "Rekreacja", że jakiś gościu zamiast jeździć do pracy autem, biegał. I pomyślałem sobie, że też spróbuję. I tak to się zaczęło. Żeby było śmiesznie, choć byłem i jestem raczej typem szybkościowca, pierwszy start zaliczyłem w warszawskim Maratonie Pokoju. To było jesienią 81` roku. Zaledwie 4°C. Biegłem w koszulce z krótkimi rękawkami. Po pewnym czasie ręka tak mi zesztywniała z zimna, że przestałem ją zginać w łokciu. W dodatku zrobiłem się potwornie głodny. Do tego stopnia, że zastanawiałem się czy nie zjeść gąbki do wycierania twarzy. Przyglądałem się tej gąbce i rozmyślałem, ile może mieć kalorii.

Miro ukończył 20 maratonów i jeden bieg 100-kilometrowy. Przeżył też romans z kolarstwem. Kupił szosówkę i sporo jeździł. Kiedy ponosiła go fantazja, pedałował nad Solinę, żeby popływać.

Mentor

 

Swoim doświadczeniem i pasją dzieli się chętnie z innymi. Młodzież i dzieci uwielbiają Mirka za szczerość i prostolinijność. Szacunek zdobył sobie tym, że nie jest trenerem teoretykiem. Pozostaje w świetnej formie, jest w stanie wykonać wszystkie ćwiczenia, których uczy. Na rękach potrafi przejść pół kilometra!

– Chcę dawać przykład młodym i rówieśnikom, że chcieć znaczy móc – mówi.

Sam zdobywa medale i pomaga odnosić sukcesy swoim podopiecznym. W ubiegłym roku jego zawodnicy zdobyli kilka krążków podczas mistrzostw Polski w fitnessie, w tym złoty. Dzięki własnemu sumptowi i pomocy burmistrza Zagórza oraz firmy Besco "Spartanie" wzbogacili się o profesjonalną ścieżkę akrobatyczną, na której doskonalą się w ćwiczeniach dynamicznych.

Plany na ten rok to m.in. start w zawodach Gdańsku i oczywiście mnóstwo pokazowych występów, bo Miro nikomu nie odmawia, szczególnie jeżeli może komuś pomóc – często "Spartanie" udzielają się przy okazji rozmaitych akcji charytatywnych.

 

Krzysztof Lubomski
Podziel się:
Oceń:
 

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe