Za kamerami nowej produkcji Janka Komasy. Wywiad z reżyserem

  • 30.09.2018, 14:00
  • Rozmawiała Magdalena Gajewska

Podziel się:

Oceń:

Za kamerami nowej produkcji Janka Komasy. Wywiad z reżyserem Magdalena Gajewska
Rozmowa z Jankiem Komasą, znanym polskim reżyserem i scenarzystą filmowym, twórcą takich projekcji jak "Sala samobójców" czy "Miasto 44", który w Jaśliskach kręci swój nowy film "Boże Ciało".

Powiedz, co najbardziej zapadło ci w pamięć podczas pobytu w naszym pięknym Beskidzie Niskim?

Zwykłe spotkania z ludźmi.

Tylko tyle ?

Aż tyle. Jest ogromna różnica między miastem, gdzie spędzam większość mojego czasu, a małymi miasteczkami, które były dla mnie zupełnie obcym światem. Jest wiele stereotypów o takich miejscach, że jest w nich więcej agresji, więcej zacofania, więcej takiej ludzkiej zawiści. W większych miastach też coś takiego się pojawia, ale jest tego bardzo dużo, przez co to się wszystko niweluje. Jest dużo małych środowisk, one się ze sobą zderzają, ludzie szybciej przechodzą nad tym do porządku dziennego. Jeżeli coś się komuś nie uda w Warszawie, to jest temat może na parę godzin, bo za parę godzin nie uda się komuś innemu, a za trzy dni nie uda się komuś tak bardzo, że ten pierwszy blednie.

Inaczej jest w takich małych społecznościach, kiedy coś komuś się nie uda, to jest to temat na miesiące, czasami lata. We wsi podoba mi się to spotkanie z człowiekiem, zwykła rozmowa, takie dotarcie do każdego z osobna, większa atencja wobec problemów drugiej osoby. Ludzie szybciej rozpoznają problemy innych, są bardziej na nich skupieni. Ma się poczucie większej przynależności, czego w dużych miastach nie ma. I ja się w tym odnajduje, bo z czasem to zaczyna być częścią ciebie. Strasznie fajne jest to, że już od samego początku bardzo wielu ludzi podchodziło do mnie, ot tak porozmawiać o wszystkim i o niczym. Mam świadomość, że to jest tylko na chwilę, ale mimo to z pewnością będę to jeszcze długo miał w swojej pamięci.

Zdradź tajemnicę, jak to się stało, że scenariusz trafił do ciebie i jakie były twoje pierwsze odczucia po jego przeczytaniu?

Scenariusz trafił do mnie od Krzysztofa Raka, scenarzysty "Bogów" i "Sztuki kochania", którego bardzo lubię i cenię. Współpracował on z młodym scenarzystą Mateuszem Pacewiczem, który napisał ten tekst, ale jeszcze wcześniej napisał reportaż o chłopaku, który udawał księdza. Zgłębił jego historię, wszystkie meandry i dopiero później przekuł tę opowieść w scenariusz. To Krzysiek pierwszy przeczytał reportaż i powiedział do Mateusza: "Stary, to jest dobre, z tego może być film". Dopiero wtedy scenariusz trafił do mnie, przeczytałem go, ale jakoś specjalnie mnie nie porwał. Zwłaszcza druga część.

Oczekiwałeś innego zakończenia?

W ogóle miałem coś takiego, że "ok. fajnie jest to osadzone", widać było, że osoba, która to pisała, zna doskonale szczegóły. Nawet w paru momentach podszedł mnie ten tekst, co się rzadko zdarza, bo jak się już tyle razy czyta scenariusze, to już się wie, po co ktoś wchodzi w scenie pierwszej tu a tam, znam te klapki i zapadki, dlatego super są takie projekty filmowe, które wyprowadzają widza w pole. I w tym scenariuszu tak było i takie coś mogła napisać tylko osoba, która była bliska tej prawdziwej historii.

I co wtedy, jaka była twoja decyzja?

Wtedy powiedziałem, że raczej nie. Nie widziałem się w tym. Ale postanowiłem napisać listę rzeczy, które bym widział inaczej. Zazwyczaj mam taką metodę podczas analizy scenariusza, że piszę taki długi elaborat, jakbym to widział, np: inaczej bohater, że tak czy  śmak, lepiej go osadzić, zbudować mu back story, taką tajemnicę, dodać mu pazura, nie kończyć happy endem...

Te twoje wskazówki zostały uwzględnione?

Ku mojemu zdziwieniu po raz pierwszy przydarzyło mi się, że druga wersja scenariusza przyszła dokładnie taka, jak chciałem. I wtedy właśnie poznałem osobiście Mateusza, który te moje poprawki wprowadził i tak zaczęła się nasza współpraca. Od razu napisaliśmy razem inny scenariusz do innego filmu, który chciałbym w przyszłości zrobić. Ta nasza znajomość tak po prostu "siadła" - tak bym to określił.

Czy twoim zdaniem tekst tego scenariusza oddaje współczesną rzeczywistość?

Rzeczywistość w Polsce i na świecie się zmieniła. Wcześniej był rodzaj takiej liberalizacji i globalizacji, teraz z kolei pojawiło się widmo różnych "izmów" terroryzmów, ekstremizmów. Odpowiedzią na to stało się wzmocnienie wiary wśród ludzi. Świat się spolaryzował. Kiedy dostałem ten tekst, świat nie był jeszcze aż tak bardzo spolaryzowany.

Pierwszy raz przeczytałem scenariusz w styczniu 2016. Już rok później miałem wrażenie, że ten scenariusz jest o wiele bardziej aktualny i wtedy właśnie zyskał taką siłę, której nie miał wcześniej. To wtedy zauważyłem, że ludzie w Polsce zaczęli lgnąć do wiary. Mam wrażenie, że chciano wtedy zamknąć Polskę i Europę w kokonie i nie wpuszczać innych, bo inność jest zła. Zobaczyłem wzmożenie takich nastrojów dookoła, czego nie czułem nigdy tak bardzo. 

Ciągnie cię do takich tematów?

Inność od zawsze mnie interesowała, tak jak to jest pokazane w "Sali samobójców". Relacja "tłum – jednostka" to jest dla mnie fascynujące. Tłum, który nie akceptuje jednostki, jednostka która walczy o atencję i godność. Dlatego zależało mi, żeby scenariusz "Bożego Ciała" dostał nowe życie, właśnie dzięki wyeksponowaniu tego wzmożenia. Bo im więcej takiej "inności", tym mocniejszy staje się ten scenariusz.  

Skąd pomysł na takie ulokowanie akcji?

Mieliśmy dwie drogi. Chciałem, żeby miasteczko, o którym opowiadamy, było odizolowane od reszty świata czymś. I taką pierwszą naturalną przeszkodą mogła być np. puszcza, lasy, więc szukaliśmy jakiejś osady na Mazurach, która otoczona byłaby mokradłami, trzęsawiskami, żeby dało się odczuć taką nieprzyjemną atmosferę, żeby stworzyć takie wrażenie, że jak cokolwiek złego tam się stanie, to zanim ktokolwiek z cywilizacji dotrze, to wszystko już będzie pozamiatane. Zależało nam też na tym, aby główny bohater znalazł się właśnie w takim miejscu, gdzie będzie można znaleźć wszystkie możliwe postawy społeczne, takie odbicie całego świata w jednej małej miejscowości. Nie chciałem, żeby to była taka miejscowość "przelotowa", gdzie przewijałoby się dużo ludzi, ważne było utrzymanie wrażania, że tu trzeba specjalnie przyjechać. Te wszystkie miejscowości na Mazurach wyglądały niby w porządku, ale były mocno zaniedbane. Musieliśmy poszukać czegoś innego.

Marek Zawierucha, scenograf "Twarzy", zrobił doskonałą dokumentację miejsc, których nie wykorzystał w swoim filmie. To on pokazał mi Beskid Niski i Jaśliska. Byliśmy zachwyceni. Od razu chcieliśmy tam jechać. Kilka dni później z tekstem w ręku staliśmy na rynku w Jaśliskach i wszystko pasowało. A nawet jak nie pasowało, to było lepsze niż to zaplanowane w scenariuszu. Do tego stopnia, że momentami dostosowaliśmy scenariusz do miejsca. Nigdy nie byłem w tych stronach. Dlatego, jak już przyjechaliśmy, zaczęliśmy czytać i dowiadywać się różnych rzeczy o tym regionie, w tym również o statystykach. Region okazał się - według statystyk - jednym z najbardziej konserwatywnych.

Nie przeraziły cię te statystyki? Nie obawiałeś się prowokować takich trudnych tematów?

Na początku wydawało mi się, że ten film nie będzie większą kontrowersją od tej ukazanej w "Mieście 44". Jednak okazało się, że "Boże ciało" faktycznie wzbudziło wiele kontrowersji i że jego wymowa dla wielu osób, z którymi rozmawialiśmy, była bardzo trudna i dotykająca wiary w sposób znaczny. I tu spotykamy się z szerszym problemem... Jest masa ludzi, którzy uznają pewne rzeczy za dogmaty, tak w ogóle i uważają, że o pewnych rzeczach nie należy mówić. Ale jest też druga strona barykady, czyli ludzie, którzy uważają, że o wszystkim trzeba rozmawiać. Ja jako reżyser należę do tej drugiej grupy, inaczej nie mógłbym być reżyserem – tak myślę.

Moją rolą jako reżysera jest wzbudzać dyskusję, poruszać ludzi do rozmowy, potrząsać nimi. Tak jak było w "Sali samobójców". Dzięki temu filmowi przetoczyła się fala ogromnych dyskusji o tolerancji dla inności w szkole, o potwornej potrzebie bliskości, o roli Internetu w społeczeństwie.

Z kolei w "Mieście 44" przetoczyła się dyskusja o tym, czy w ogóle powstanie, w ten sposób pokazane, to nie jest jedna wielka katastrofa i że to było złe od samego początku i że znowu oczerniamy Polaków. A druga strona widziała to inaczej, że nie oczerniamy, tylko pokazujemy świat oczami tych niewinnych dzieci, które robiły to, co chciały, bo uważały to za ważne i w końcu zapłaciły za to wysoką cenę, której się nikt nie spodziewał. I to zapomnienie tych dzieci, to, że nikt się o nich nie upomniał. Był to i hołd i oskarżenie.

Czyli scenariusz do "Bożego ciała" doskonale wpasowywał się w tematykę, w której czujesz się najlepiej?

Tak, uznałem, że to dobrze, że od samego początku scenariusz wzbudza kontrowersje. To powoduje, że ludzie muszą sobie zadać pytanie, co jest dobre, a co złe, gdzie są granice? A także to, czym mierzyć dobro? Czystymi intencjami? Czy może poszanowaniem reguł i zasad? To taki odwieczny konflikt, który dotyka spraw wiary, które w naszym kraju były zawsze ważne, a ostatnio stały się jeszcze istotniejsze. Jako reżyser cieszę się więc, że film ten budzi kontrowersje. Zależy mi na tym, żeby ludzie rozmawiali na trudne tematy, ale nie w taki łatwy sposób.

Mnie nie interesuje szokowanie czy skandal, który dobrze się sprzedaje. Interesuje mnie poważna rozmowa na poważne tematy. O tym, jaki chcemy mieć świat i co oznacza wykluczanie innych, co oznacza opinia o innych ludziach czy wykluczanie ze wspólnoty.

Główny bohater swoją postawą zmusza widzów do rozmyślania na temat wiary?

Tak naprawdę to on już na wstępie powinien być spalony i uciec z kraju, bo ciąży na nim środowiskowy wyrok za to, co zrobił, za to, za co trafił do poprawczaka. Niby powinien uciekać, ale on mimo to zostaje, nie kryje się, wręcz jako ksiądz wystawia się na odstrzał. To taki trochę desperacko romantyczny czyn. Próbuje pomóc ludziom w społeczności, do której przez przypadek trafia. Sposób, w jaki opowiada się ten film, jest narowisty i wzbudzający kontrowersje, bo chłopak nie jest księdzem, ale przyjmuje maskę księdza, więc jak robi pewne rzeczy, których ksiądz nie powinien, to ktoś może powiedzieć, że no jak to, nie wypada, ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że przecież nie jest księdzem i to jest dokładnie to, co widz cały czas będzie odczuwał, ten dyskomfort i próbę odpowiedzi na pytanie, co ja akceptuję i co wypada, a co nie.

Dawanie widzowi ciężkich zagadek i to ciągłe igranie ze sprzecznościami i zagadkami moralnymi jest tym, co daje mi dużo satysfakcji. Chcę to zrobić w sposób bardzo zniuansowany. Nie chcę, żeby to było oczywiste, czarne albo białe. Chciałbym, żeby prawda była gdzieś ukryta w szarości.

A co powiesz o odtwórcy głównej roli?

Po serii castingów uznałem, że Bartek Bielenia nadaje się do tej roli jak nikt inny. Jak dla mnie jest to jeden z najzdolniejszych ludzi młodego pokolenia. Czuje i potrafi oddać złożoność charakteru tej postaci. Postaci, która jest pomiędzy, jest taka męcząca, ale dzięki temu widz cały czas próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie, co ten bohater tak właściwie chce, co jest jego pragnieniem, a co jest świadomie zaplanowane. Bo to są dwie różne rzeczy. Plan to znaczy, że bohater jest perfidny, a taki nie jest. Jest trochę taką postacią sokratejską, która widząc, że społeczność cierpi, specjalnie coś robi, mimo że ma świadomość, że i on zostanie poświęcony, ale dzięki temu poświeceniu ukazuje pewien problem. Jeśli tego nie zrobi, to zostanie zachowany status quo, a jeśli zrobi, to może choć jeden człowiek przemyśli i się zastanowi. I dlatego on to robi, poświęca się, płacąc wysoką cenę za to na końcu. Bardzo zależy mi na przewrotności w tym filmie, bo tak też jest w prawdziwym życiu, że dzieją się rzeczy, których się nie spodziewamy.

Lubisz wzbudzać kontrowersje prawda?

Kontrowersje dla kontrowersji są złe, natomiast film, który wzbudza dyskusje między ludźmi, to najlepsza droga filmowa, więc jeżeli mi się to uda, to będę szczęśliwy, że ludzie zaczną rozmawiać i poruszać temat inności we wspólnocie. Lubię różnorodność, a przeraża mnie jednomyślność, którą obserwuję na co dzień. Lubię jak świat jest złożony z wielu kolorów i to jest jego prawdziwa natura, a nie kiedy świat jest wytłumaczony, bo to jest wbrew naturze.

Temat wiary w filmie to jest trudna rzecz, bo tego nie widać na ekranie, ciężko jest pokazać, co ktoś myśli, jak zamyka oczy i się modli. Ciężko jest pokazać to uwznioślenie, można się jedynie tego domyślać. Zdecydowanie łatwiej jest pokazać miłość i pożądanie, wystarczą dwie osoby, które się całują i mamy wtedy fizyczny ekwiwalent tego. Natomiast kiedy chcemy pokazać osobę, która głęboko wierzy, to nie da rady. Dlatego jest tak mało filmów, bo to jest po prostu niefilmowe. Czy to jest film o duchowości, czy o poszukiwaniu akceptacji - to bym zostawił widzom do odpowiedzi. Ja nie chciałbym odpowiadać na to pytanie, chciałbym jak najwięcej pytań zadać.  

Kiedy będziemy mogli zobaczyć twoją pracę na ekranach kinowych?

Jak dobrze pójdzie to jesień 2019, bo na wiosnę nie mamy takich planów. W ogóle u nas w Polsce filmy najlepiej dystrybuować od września do marca. Bo później jak się zaczyna robić ładna pogoda, to widzowie uciekają i wypuszczanie filmu w tym czasie mija się z celem. Miałem to szczęście, że zawsze premiery moich filmów odbywały się w te zimne miesiące. Ale doświadczyłem również sytuacji, co znaczy wypuścić coś w złym momencie, jak np. podczas debaty prezydenckiej albo meczów ligi mistrzów. To jest trudne, a zarazem trochę śmieszne, że przyszło nam funkcjonować w czasach, gdzie o uwagę widza musimy się bić.

Kiedyś o uwagę widza walczyły dwa programy w telewizji, a dzisiaj? Siedemset plus Internet, gry komputerowe, kina, teatry, koncerty. Te wszystkie podmioty ustawiają się w kolejce, żeby te parę minut uwagi widza złapać. Film jest więc jedną z x możliwości do wyboru.

Niedługo kończycie zdjęcia w Jaśliskach. Wrócisz tu jeszcze kiedyś z kamerą?

Już podczas zdjęć do "Bożego ciała" obserwowałem dookoła tereny i zacząłem się zastanawiać, jak wyglądałyby tu sceny z innych filmów. Jeden z nich to historyczny film i byłoby wspaniale, gdyby główna bohaterka mogła gdzieś tu w tych regionach przebywać. Albo inny film, gdzie bohater jedzie z miasta na wieś do swojego ojca. Tu też na początku klasycznie myślałem o Mazurach, ale teraz byłoby wspaniale, gdyby to właśnie tu mogła się rozegrać jedna ze scen. W ogóle jestem przekonany, że w tym regionie postawi się jeszcze niejedna kamera.

A czy reżyser chodzi do kina?

Nieczęsto. W ogóle jeśli chodzi o kino, to pewnie dlatego rzadko bywam, bo sam je robię. Jeśli już, to naprawdę tylko wybranych reżyserów, których cenię. Głównie dlatego, żeby zachować higienę mózgu. Żeby kadry, które oglądam sam w swoim filmie, były jedyne i niepowtarzalne, żeby nie miały odpowiedników i odnośników do innych. Jeśli chodzi o filmy fabularne, to tylko klasyka. Natomiast, jeśli chodzi o dokument, to jestem fanem i oglądam jak najwięcej, bo tam jest coś, co mnie zawsze zaskakuje. Fabularne są nudne, bo znam już wszystkie zapadki, wiem już, co po kolei się wydarzy. Widzę konstrukcję i intencję - wychodzi ze mnie takie zboczenie zawodowe.

Rozmawiała Magdalena Gajewska

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu korsosanockie.pl. Agencja Wydawniczo Reklamowa Korso Spółka z o.o. z siedzibą w Mielcu, ul. Biernackiego 1/4, 39-300 Mielec jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Pozostałe